Dokumenty dające do myślenia.

Capture

Czasami mam ochotę na film biograficzny czy przygodowy, a czasem na dobrą gangsterską komedię. Zdarzają się też chwile, gdy chętnie z paczką popcornu obejrzę wyciskacz łez. Jednak zawsze najbardziej do myślenia zmuszają mnie dokumenty i naprawdę uwielbiam je oglądać, bo niosą za sobą 3 istotne kwestie:

  1. Poszerzają moje horyzonty. Staram się wybierać filmy z różnych kategorii, również z dziedzin, o których niewiele wiem.
  2. Prowokują do wymiany zdań, polemiki, a czasem nawet zaciętej kłótni. A ja właśnie takie kłótnie lubię. Nie takie o to, kto ma wynieść dziś śmieci, ale takie, w których następuje zderzenie różnych teorii. O ile obie strony nie mają klapek na oczach, to zawsze polemika może wpłynąć na to, że otworzymy się na nowy pogląd.
  3. Staję się ciekawszym rozmówcą. Czasami okazuję się, że wśród znajomych wypływa temat, o którym 2 tygodnie wcześniej oglądałam film. Daje mi to duże pole do popisu w kwestii argumentacji.

Znalezienie dobrego dokumentu nie jest proste. Współczesne media chętniej zaserwują nam przygody rolników poszukujących swoich przyszłych wybranek serca niż programu, który skłoni nas do refleksji nas światem. Obejrzałam więc sporo filmów dokumentalnych, w których nie miałam pojęcia o co chodzi. Na szczęście znalazłam też wiele takich o interesujących treściach, które mocno przyczyniły się do tego, że inaczej spojrzałam na niektóre kwestie:

  1. Poverty Inc.

Mamy tysiące organizacji charytatywnych działających na całym świecie. Promują je gwiazdy, politycy i zwyczajni ludzie. Ale poziom ubóstwa się nie zmniejsza. Czemu? I czy kolejne pieniądze przelewane na rzecz tzw. Krajów Trzeciego Świata przyniosą zamierzony efekt? Poverty Inc. to świetny dokument, który pokazał mi dlaczego moje 100 PLN wrzucone na akcję charytatywną nie zawsze przyniesie zamierzony efekt. I wcale nie chodzi tu o złe intencje fundacji.

  1. The True Cost.

Film, dzięki któremu spojrzałam na swoją szafę jak na pewien ciąg zdarzeń. Uświadomiłam sobie, że kolejna bluzka z sieciówki ma wpływ nie tylko na to czy będę ładnie wyglądać. Moja decyzja zakupowa dotyczy też osób mieszkających parę tysięcy kilometrów stąd. I paradoksalnie to, że wydaję pieniądze na ubrania szyte w Bangladeszu nie poprawi poziomu życia ludzi, którzy zamieszkują ten teren. Jeden z mocniejszych dokumentów, jakie widziałam, ukazujący brutalność koncernów odzieżowych i rolę, jaką odgrywają w tym szaleństwie zwykli konsumenci.

  1. Inside job.

Wszyscy chyba słyszeli o kryzysie zapoczątkowanym w roku 2008 w USA, którego konsekwencje odczuli ludzie na całym świcie. Ale czy każdy wie, co było przyczyną i czy można było temu zaradzić? Inside job pokazuje jak stosunkowo niewielu ludzi może doprowadzić do ruiny gospodarkę całego świata. Odkrywa przed nami ciąg decyzji, które uczyniły milionerów miliarderami, a zwykłych obywateli skazały na biedę i bezrobocie.

  1. Minimalism. A Documentary About the Important Things.

Posiadamy coraz więcej rzeczy. Kupujemy, gdy jesteśmy z siebie dumni i chcemy się nagrodzić, ale też wtedy gdy jest nam źle, żeby się pocieszyć. Dziś możemy zamówić gadżet z Japonii, który parę dni później będzie już u nas w mieszkaniu. Dostępność rzeczy i zasobność naszych portfeli jest coraz większa, lecz nie idzie za tym wyższy poziom zadowolenia czy radości z życia. Twórcy filmu przedstawiają, jaki wpływ na codzienność ma ich minimalistycze podejście do życia. Okazuje się, że świat się nie zawali bez najnowszego iPhone’a.

  1. Fed Up.

Wiemy od dawna, jak bardzo fastfoody i cukier są dla nas niezdrowe. Mamy coraz więcej chorób, których bezpośrednią przyczyną jest zła dieta. Nikt chyba jednak nie kojarzy słodkiego batonika z trucizną. Film pokazuje jak reaguje nasz mózg, gdy otrzyma choć niewielką dawkę cukru i co ma to wspólnego z kokainą.  W brutalny sposób dowiadujemy się, do czego doprowadzają nasze niezdrowe nawyki żywieniowe i jak sprytnie koncerny spożywcze umywają ręce od odpowiedzialności.

  1. Just Eat It.

Niedojedzone ciasto po imprezie czy zupa, na którą nie mamy już ochoty często ląduje w śmietniku. Wydaje się niewiele, gdy jednak weźmiemy większą skalę i dołożymy do tego restauracje i markety, które codziennie wyrzucają tony żywności, odkryjemy, ile jedzenia jest marnowane. Obraz staje się jeszcze bardziej drastyczny, gdy pomyślimy o osobach, które nie mają, co nałożyć na talerz. W filmie para Amerykanów podejmuję się wyzwania, podczas którego przez 6 miesięcy żyją na „odpadkach”. Już po krótkim czasie okazuje się, że jedzenie, które zbierają po śmietnikach, w pełni nadaje się do konsumpcji i wcale nie przymierają z głodu.

  1. Die Welle.

Właściwie nie jest to film dokumentalny, jednak pokazuje on pewne studium przypadku, które mocno wpłynęło na moje postrzeganie różnych ideologii.  Każdy z nas chce żyć w przekonaniu, że jest dobrym człowiekiem. Prawdopodobnie nikt nie dopuszcza do siebie myśli, że mógłby teraz uczestniczyć w nazistowskim ruchu i z własnej woli  wspierać ustrój totalitarny. Czy jednak na pewno? Fala. Die Welle to firm oparty na faktach pokazujący, że wcale nie tak trudno byłoby wskrzesić ustrój, który przyczynił się do masowych mordów.

Powyższa lista pokazuje po jednym dokumencie z każdej dziedziny. Filmów tego typu obejrzałam jednak znacznie więcej, poniżej więc jeszcze zestawienie, które zapewne jest warte uwagi.

Cały ten cukier

Kapitalizm, moja miłość

Food, Inc

Władca wszechświata

Czy czeka nas koniec

Czterej jeźdźcy Apokalipsy

Część filmów udało mi się obejrzeć w TV, niektóre są dostępne na YouTube lub na serwisie gomovies.to. Nie zawsze zgadzam się ze wszystkimi teoriami, ktore oglądam. Nie zmieniam od razu swoich teorii czy zachowań. Ważne jest jednak dla mnie poznanie innej perspektywy, dlatego zachęcam do poszukiwania i sprawdzania nowych filmów, nawet jeśli już po tytule wiesz, że masz na sprawę zupełnie inny pogląd.

Udowodnię Ci, że się mylisz.

i-hate-youLubię odkrywać nowe rzeczy w internecie, blogi, strony, recenzje książek. W związku z tym, że w sieci można napisać dosłownie wszystko, znajdziemy tu zarówno inspirujące treści, jak i te służące bardziej do uwalniania swoich frustracji. I tak wertując różne strony natkęłam się parę dni temu na antyfanpage Ewy Chodakowskiej – prawie 10 tys. lajków! Pomyślałam, że przy takiej ilości fanów, na pewno musi być tam coś niesamowitego. Przejrzałam więc i znalazłam:

-dokładną analizę udowadniającą, że ćwiczenia Ewy są szkodliwe,

-parodię jej motywujących tekstów,

-dokładną analizę rozpisanych diet, ukazującą jak bezsensowne są jej rozpiski,

-całą masę ośmieszających ją komentarzy.

Strona istnieje 4 lata i ktoś przez ten czas regularnie usiłuje udowodnić Chodakowskiej, że jest beznadziejna. Ktoś naprawdę wyszukuje o niej, często kompromitujące, informacje i je upublicznia. Ktoś dokładnie analizuje jej zdjęcia i szuka choćby najmniejszego błędu w jej ćwiczeniach i udostępnia go w inernecie. Ktoś dokładnie analizuje każdy jej krok, żeby wyłapać jakikolwiek błąd, porażkę, słabość.

Mało tego.

Prawie 10 tysięcy osób śledzi te zmagania, lajkuje, komentuje, dodaje nowe zdjęcia, krytukuje i ośmiesza. Kilka tysięcy osób poświęca czas, żeby przekazać swoją nienawiść do osoby, której nawet nie znają osobiście i o których istnieniu ona nie ma pojęcia. Tyle energi i wszystko po to, żeby komuś dowalić! Autorzy oczywiście bronią się, że absolutnie nie są hejterami. Po prostu próbują uchronić kobiety przed złymi poradami Chodakowskiej. Nasi wybawcy!

Jest na świecie wiele osób, z którymi się nie zgadzam i nie popieram stylu życia. Nie rozumiem czasem decyzji moich znajomych, rodziców, szefa, polityków, dziennikarzy itp. Idąc tropem antyfanów, pewnie powinnam stworzyć pokaźną ilość stron na fejsbuku, w  których będę udowadniać, że oni wszyscy się mylą. Mogę dorobić sobie do tego super teorię. Mogę to zrobić i przekonywać innych do swojej jedynie słusznej racji, tylko po co? Świata nie zbawię, a szkoda mi nerwów.

Niemniej jednak temat antyfanów mnie zaciekwił i poszperałam w internecie. Znalazłam takie strony jak:

Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty, gdzie twórcy będą nam udowadniać jakimi idiotami są coache i ich klienci.

Antyfanpage Cristiano Ronaldo, gdzie jest pełno upokarzających i ośmieszających go zdjęć.

Anty religion, gdzie dowiemy się, że ludzie wyznający jakąkolwiek religię nie mają mózgu.

Antyvegan gdzie będziemy przekonywani, że tylko wariaci nie jedzą mięsa.

Są nawet antyfani sklepu media expert, którzy hejtują piosenkę wykorzystywaną w reklamie….naprawdę!

Zastanawiam się natomiast co kieruje takimi osobami. Czy jest to nuda, zazdrość, nienawiść, strach? I pomyslałam sobie, że pewnie wszystko razem wzięte, ale najbardziej chyba lenistwo. Bo przecież dużo łatwiej jest wyśmiewać Chodakowską niż stworzyc własną metodę ćwiczeń. Dużo łatwiej jest śmiać się z metod rozwoju osobistego niż samemu znaleźć sposób na lepsze życie.

Nie twierdzę, że teorie coachingowe są super, co więcej sama już jestem zmęczona wszystkimi motywacyjnymi tekstami i instrukcjami na tworzenie lepszej wersji siebie.

Ale mam do wyboru albo głosić wszem i wobec, że kołcze to szarlatani, którzy próbują wyłudzić pieniądze, albo mogę po prostu nie korzystać z ich usług i żyć swoim życiem.

Mogę całe dnie spędzać w internecie szukając potwierdzenia na to, że Cristiano Ronaldo to wypicowany laluś i żywić się nienawiścią do niego albo mogę oglądać siatkówkę zamiast piłki nożnej.

Mogę kwestionować założenia religii, stanąć pod kościołem i przekonywać, że Jezusa nigdy nie było, albo mogę przerzucić się na buddyzm i całymi dniami medytować.

Mogę nabijać się z wegetarian, udowadniać im, że ich dieta jest szkodliwa, albo mogę ich olać i zjeść ze smakiem steka.

Mogę też przeklinać gdy słyszę, że media expert włącza znowu niskie ceny, albo wyłączyć radio.

Mogę spędzić całe życie na udowadnianiu, że ktoś nie ma racji, że robi źle, głupio, że szkodzi innym.

Ale mogę też zająć się sobą, zastanowić się co zrobić, żeby moje życie wyglądało lepiej i zacząć działać. Tylko, że doba ma 24 godziny, więc muszę wybrać na czyje życie chcę poświęcić czas – na swoje czy jakiejś gwiazdy z telewizji, której pewnie nigdy nie poznam.

Paradoksalnie zajęcie się sobą nie jest proste. Wymaga to wiele pracy, zastanowienia się co robię źle, co poprawić, próbowania nowych rzeczy, wystawienia się na porażkę, na krytykę. I to wszystko bez jakiejkolwiek gwarancji sukcesu. Bo możesz dać z siebie wszystko, a i tak istnieje ryzyko, że Ci nie wyjdzie.

Dlatego życie hejtera jest prote, niekoniecznie przyjemne, ale proste. Wystarczy wyłapywać cudze porażki, (banał, bo większość ludzi zaliczyło gdzieś klapę) i je upubliczniać. Jeśli znajdziesz ich wystarczająco dużo, masz dowod na to, że próbowanie nie ma sensu. Utwierdzasz sie w przekonaniu,że każda osoba, która stara się wyjść przed szereg jest głupia. Wtedy bez wyrzutów sumienia możesz rozsiąść się wygodnie na kanapie z paczką chipsów, delektować się swoim prostym życiem i żywić się nienawiścią do osób, które zrobiły coś wiecej.

Irlandzkie absurdy

owca

Jestem w Irlandii niecałe 4 miesiace. Wiele rzeczy zaskoczyło mnie tu pozytywnie, np. niesamowita uprzejmość Irlandczyków czy pogoda, którą wszyscy mnie straszyli. Jednak już w tak krótkim czasie znalazłam wiele innych ciekawostek czy też absurdów, których moja polska mentalność nie ogarnia a wśród nich:

1. Pieniądze na ulicy – dosłownie.

Prawie za każdym razem gdy gdzieś idę pieszo znajduję na ulicy monety, drobne nominaly – 20, 50 centów, czasem 1 euro. Niby nic dziwnego, w Polsce też się zdarza, natomiast skala tego zjawiska jest nieporównywalna. Jeśli więc w Irlandii zabraknie Ci 50 centów do piwa, po prostu wyjdź na zewnątrz i poszukaj drobnych na parkingu, znajdziesz więcej niż się spodziewasz. Pieniądze są więc wszędzie i może dlatego tak wielu tu…

2. „Bogatych” żebraków.

„Pani poratuje 50 gr, pani kierowniczko” to standardowa nawijka polskich żebraków. Tylko ci „nasi” żebracy faktycznie wyglądają jakby pół życia spędzili na ulicy. W Irlandii natomiast normą jest, że na chodniku siedzi chłopak, lat 25-30….w firmowych butach, normalnych ubraniach, a przy nim kupeczek z Maka na pieniądze…co chwilę ktoś mu wrzuca drobniaki, więc przez cały dzień może uzbierać ładną kwotę. Myślę jednak, że nawet tych żebraków nie stać na…

3. Ubezpieczenie samochodu.

Chciałam kupić samochód, tani, ekonomiczny. Słysząc jednak różne historie o przerażająco drogim ubezpieczeniu, najpierw poprosiłam brokera o wycenę, zakładając, że kupię jakiegoś grata za 2 tys. euro. Moje zapytanie zostało wysłane do paru firm i niestety w związku z tym, że nie mam tu doświadczenia jako kierowca i nie jestem Irlandką (to już chyba dyskryminacja ;)) , tylko jedna z firm podjęła się wyceny proponując mi…5 tys. euro za roczne ubezpieczenie! Dodam tylko, że im droższy samochód, tym składka oczywiście wyższa. Może dlatego tak dużo ludzi chodzi pieszo i standardem jest…

4. Przechodzenie na czerwonym świetle.

Sygnalizacja chyba nie ma tu żadnego znaczenia i nie mówię tu o przebiegnięciu przez mało ruchliwą ulicę. Tutaj ludzie dosłownie pakują się pod koła samochodów wręcz wymuszając pierwszeństwo przed samochodem. Kierowcom to chyba akurat nie przeszkadza, potrafią nawet przeprosić za nieprzepuszczenie pieszego. W końcu życzliwość jest tu wszechobecna, a szczególnie moje ulubione…

5. „Howya”

Czyli po prostu How are you, tyle ze ze wspaniałym irlandzkim akcentem. Na początku te ciągłe pytanie „jak się masz” wprawiało mnie w zakłopotanie, bo zwrot ten używany jest bez oczekiwania na odpowiedź. Początkowo, odpowiadałam, „w porządku, co u Ciebie”, ale po jakimś czasie zaczęłam ignorować. Bo czy rzeczywiście ekspedientka w sklepie oczekuje mojej odpowiedzi skoro nawet na mnie nie patrząc zadaje mi to pytanie kasując moje zakupy, w tym…

6. Chleb.

Do wyboru mamy tostowy z całą tablicą mendelejewa w składzie lub dziwny produkt nazywany Soda Bread. Na szczęście ratują nas polskie sklepy, w których kupisz wszystko co polskie, no może poza normalnym kranem, bo tutaj to tylko…

7. 2 krany

Możemy więc albo się poparzyć przy myciu rąk, albo umyć się w lodowatej wodzie. No ale architektura nie jest najmocniejszą stroną Irlandczyków, czego przykładem są…

8. Okna otwierane do zewnątrz.

Nie ma w tym sumie problemu o ile mieszkasz na parterze, ale spróbuj bez drabiny umyć okna mieszkając na piętrze! Podobno przyczyną takiego rozwiązania jest zabezpieczenie przed pożarem. Jeśli cały dom jest w ogniu i dymie, znacznie łatwiej okno otworzyć do zewnątrz niż do wewnątrz. Może racja, ale czy w kraju z takim poziomem wilgotności (także w mieszkaniach) pożar jest możliwy?? Jeśli już pożar wybuchnie, Irlandczycy muszą sprawdzić czy przypadkiem nie spłonęły ich…

9. Czeki.

Metoda płatności, o której wiem, że kiedyś istniała. Niby coś było na ekonomii, ale nie przywiązywałam do tego wagi, bo jak dla mnie to archaiczny sposób płacenia skoro każdy ma konto w banku i może zrobić przelew. Okazuje się, że nie wszędzie. Otóż w tym, rzekomo rozwiniętym technologicznie kraju, czeki są standardem. Pracuję w fimie finansowej i jeśli klient decyduje się na zainwestowanie 100 tys. euro, już wiem, że wyśle nam czek. Dostajemy je zwykłą pocztą, w kopercie bez żadnego komentarza, więc muszę się domyślać czego dotyczy. Całe szczęście, że chociaż wpisują kwotę, bo w sumie standardem jest tu…

10. Podpisywanie wszystkiego in blanco.

Pracowałam 5 lat w dwóch różnych bankach w Polsce i co chwilę pojawiał się klient, który przed podpisaniem umowy na jakikolwiek produkt analizował każdy paragraf regulaminu, dopytując dosłownie o wszystko, testując moją wiedzę. Tutaj nikomu nie chce się w to bawić. Klienci podpisują czyste umowy na produkty inwestycyjne bez czytania, nie uzupełniając nawet kwoty. Nieuzupełnione polecenie zapłaty to norma. Mogłabym więc spokojnie zamiast oczekiwanej przez klienta kwoty 100 euro wpisać, że co miesiąc ma im się pobierać 500 euro, skoro mam już czysty podpisany druk. Nie wiem czy to bardziej wynik tego że im się nie chce czy może po prostu…

11. Bezgraniczne zaufanie.

Jedną z pierwszych rzeczy jaką zrobiłam w Irlandii było zapisanie się na siłownię. Zaskoczenie było moje wielkie, gdy wchodząc do szatni ze swoją sportową torbą okazało się, że nie ma szafek. Na moje pytanie, gdzie mam schować swoje rzeczy, usłyszałam „Połóż gdziekolwiek, przecież Ci nie zginie”. Tak też zrobiłam, jednak wzięłam na salę telefon i portfel (jako jedyna) ze strachu , że jednak ktoś może mi to zawinąć. Po miesiącu siłownię zmieniłam, na nową, wypasioną….z szafkami w szatni!. Okazało się jednak, że w szafkach jest miejsce na kłódkę, ale kłódki brak. Ponownie więc zapytałam przypadkowej osoby, skąd mam wziąć kłódkę. Usłyszałam, „musisz mieć swoją, ale tu ich nikt nie używa, możesz po prostu włożyć rzeczy do szafki” Na siłownie dalej chodzę, kupiłam sobie swoją kłódkę, i chyba jestem jedyną osobą, która jej używa. I pewnie Irlandki zastanawiają się dlaczego ktoś tak absurdanie się zachowuje…

Życie do „odhaczenia”

9568156463_1809c97b21_o

Z mojej ostatniej rozmowy z kolegą o bieganiu, jedno zdanie zapadło mi szczególnie w pamięć “fajnie przebiec maraton, tak żeby go sobie odhaczyć”. Bez górnolotnych tekstów o pasji, pokonywaniu słabości, prosto z mostu podkreślił, że maraton to on po prostu zaliczył. Niby fajnie, bo jest to nie lada wyczyn, z drugiej strony – po co?

Podobają mi się ludzie, którzy mają swoje cele i dążą do ich realizacji. Niektórzy zapominają jednak, że przy wyznaczaniu postanowień należy zastanowić się czy robię to, bo naprawdę mi na tym zależy, czy może chcę mieć potem czym się chwalić.

Jeśli bieganie jest Twoją pasją I wiesz, że TWOJA WEWNĘTRZNA satysfakcja będzie ogromna gdy wykręcisz świetny wynik – wtedy na pewno jest to postanowienie warte realizacji. Jednak, gdy biegniesz 42 km, bo wszyscy dookoła biegają, już od samego początku nie możesz doczekać się mety, a pierwsze co robisz po jej osiągnięciu to post na fb pod tytułem, “maraton zaliczony” – to traci to jakikolwiek sens.

Problem polega na tym, że jeśli tylko zaliczasz jakieś wydarzenie, to wcale go nie przeżywasz. Skupiasz się od razu na tym, że za chwilę będzie zrealizowane. Zamiast podziwiać nowo odkryte miejsce podczas wakacji, czy też delektować się pyszną kolacją przy lampce wina, myślisz już tylko o tym, żeby w swojej checkliście wpisać „włoska pizza w Rzymie zaliczona”, cykasz fotę i liczysz lajki. Nie jest wielkim osiągnięciem zwiedzić 15 krajów w rok, sztuką jest uważna obserwacja, bycie tu i teraz, bez wybiegania w przyszłość. Tak, żebyś bez oglądania zdjęć mógł przywołać w pamięci wspomnienia i emocje jakie przeżywałeś w trakcie.

Dla poszukiwaczy nowych wyzwań jest cała masa technik wyznaczania celów, mówiących o tym, że powinien on być mierzalny, realny, określony w czasie itp. Warto chyba dodać jeszcze jedno – cel powinien być Twój. Test na sprawdzenie czy postanowienie należy do Ciebie, jest bardzo prosty. Wystarczy zadać sobie pytanie – Czy po jego realizacji będę czuć się bardziej spełniony i pochwalę się nim osobiście tylko najbliższym, czy może kluczowe będzie, żeby o jego realizacji dowiedzieli się wszyscy, włącznie z tymi, na których kompletnie mi nie zależy. Jeśli to drugie, to lepiej o nim zapomnij.

Nie ma co zastanawiać się w nieskończoność czy sformuowałam postanowienie w odpowiedniej formie i czy wszystkim ono pasuje. Czasem zamiast postanowień w stylu „będę czytać 3 książki miesięcznie”, lepiej wpisać „będę poszukiwać i czytać wartościowe książki”. Cel kompletnie niemierzalny i nieokreślony w czasie, ale najważniejsze, że mój.

 

 

Całe życie na kredycie

6848823919_724f516a05_z

Nie znoszę kart kredytowych. Sama idea odwlekania płatności w czasie źle mi się kojarzy. Niestety zagraniczne hotele nie przejmują się moimi preferencjami i „kredytówek” przy rezerwacji wymagają. Tak więc produkt ten dopadł również mnie, a wraz z nim dopadł mnie pracownik banku, na szczęście tylko telefonicznie:

„Szanowna Pani, na początku chciałbym bardzo podziękować za lojalność (klientką byłam chyba z 3 miesiące). Na podstawie analizy Pani obrotów na rachunku (raz zapłaciłam kartą, żeby ją aktywować, po czym od razu spłaciłam), chciałbym zaproponować zwiększenie limitu do 20 tys. PLN (na jakiej podstawie pytam???!!!).” Podziękowałam panu za propozycję, od razu stwierdzając, że nie mam żadnych potrzeb kredytowych. Pan z niedowierzaniem stwierdził „jak to? Przecież dzięki dodatkowym środkom mogłaby spełniać pani swoje marzenia!!”

Marzenia za kredyt? Żeby poczuć pięciominutową radość, a potem myśleć o zobowiązaniach, które powstały w wyniku zachcianki? Dziękuję bardzo! Jednym z moich marzeń jest akurat przejść przez życie wydając tylko swoje pieniądze.

Kredyt, przed którym powinniśmy uciekać stał się towarem, który możemy „kupić” w drodze do pracy. „Kupić”, bo przecież będziemy musieli za niego solidnie zapłacić, nie tylko finansowo, ale i mentalnie w postaci stresu przed kolejną ratą. Mamy jednak coś w rodzaju społecznego przyzwolenia na zaciąganie zobowiązań i wręcz przekonanie, że jest to nieodłączny element życia. Hipoteczny na mieszkanie, gotówkowy na nowy telewizor, limit na karcie kredytowej na drobne wydatki.

Kredyt, przed którego zaciągnięciem powinno nas się dobrze wyedukować, podawany jest w ładnym opakowaniu przez uśmiechniętą panią w banku. Do tego my jesteśmy zapewniani, że bez niego nie spełnimy swoich marzeń i nie zrealizujemy żadnych planów. Tym bardziej, że sąsiad już ma, koleżanka już ma, rodzice mają. Do tego reklamują go znane, szanowane osoby. Więc skoro prawie każdy już ma swój, to czemu ja miałbym nie mieć? Może właśnie dlatego, że wszyscy mają? Może właśnie dlatego, że skoro w telewizji pokazują tylko dobre strony, należałoby się zastanowić jakie są negatywy? A negatywów jest cała masa, ale na ich przedstawienie w reklamie czasu już nie ma.

Nie twierdzę, że kredyty to samo zło. Prędzej czy później możliwe, że sama skorzystam z takiego produktu, bo niestety nie mam bogatej cioci z Ameryki. Rzecz w tym, żeby określić, kiedy dodatkowe finansowanie jest niezbędne, a kiedy mogę się wstrzymać z jakimś zakupem. Inna sprawą jest jeszcze oszacowanie samemu swojej zdolności. Banki oczywiście mają modele analityczne, ale z drugiej strony mają też sprzedawców, którzy zrobią wszystko, żeby wyrobić targety. Ja do tej pory nie wiem na jakiej podstawie instytucja, w której nie mam żadnej historii, chciała mi powierzyć 20 tys. PLN. Wiem jednak, że na decyzję o pożyczce, nawet na 5 tys., należy poświęcić znacznie więcej czasu niż trwa rozmowa ze sprzedawcą, a na spełnianie marzeń znaleźć inny sposób.

Forma w pigułce

5748419806_789a66c65f_z

Nie możesz schudnąć? Boli cię wątroba z przejedzenia? Najadłeś się tak mocno, że zaraz zwymiotujesz? Masz dosyć ciągłych diet? Weź nasz super suplement i od razu poczujesz się lepiej, będziesz mógł znowu się objadać, a do tego jeszcze schudniesz! Słyszymy to każdej przerwie na reklamy w radiu. Ja mam zawsze ochotę w takich momentach powiedzieć słuchaczom coś innego: weź tak nie wpierd****! Może dzięki temu nie będziesz gruby, nie nabawisz się cukrzycy, za to poczujesz się zdrowo. Brzmi niegłupio?

Żyjemy w czasach, gdzie suplementy istnieją już chyba na wszystko, a prezenterzy informują nas, że jest to jedyna droga do osiągnięcia wymarzonych celów. Bo w sumie po co chodzić regularnie na siłownie i bawić się w zdrowe posiłki skoro, mogę iść do maka, a potem zażyć magiczną pigułkę, dzięki której schudnę natychmiastowo. Czy znacie kogoś, kto jadł niezdrowo i bez ćwiczeń zrobił świetną formę? Czy istnieją rzetelne badania naukowe potwierdzające działanie spalaczy? NIE. Czy te produkty dobrze się sprzedają? Jak świeże bułeczki! Mamy już tysiące odmian i ciągle powstają nowe! To chyba obrazuje jaki jest poziom popytu, biznes się kręci. Gdzie są jednak ci ludzie, którzy jedzą magiczne pigułki i chudną? Czyżby ukrywali się ze swoimi pięknymi ciałami? A może ich po prostu nie ma?

Dlaczego więc, skoro dobrze wiemy, że nie ma magicznego specyfiku na zgubienie zbędnych kilogramów, to sprzedaż firm produkujących suple rośnie? Może dlatego, że z każdej strony słyszymy, że cel musi być osiągnięty natychmiastowo. Robienie kondycji stopniowo i długotrwałe, ale systematycznie nie jest w modzie. W modzie za to jest „schudnę 40 kg w rok” czy „przebiegnę maraton za pół roku, choć nigdy nie biegałem”. Żyjemy w czasach, gdzie cel musi być osiągnięty już, teraz, zaraz. A wielkie koncerny farmaceutyczne i żywieniowe to wykorzystują. Robią na nas biznes i świetnie się przy tym bawią.

Niestety nie ma drogi na skróty, nie ma rewelacyjnych wyników bez ciężkiej pracy. Dotyczy to tak samo nauki czy wykształcenia nowych umiejętności. Po przeczytaniu książki o wystąpieniach publicznych nie będziesz świetnym prezenterem. Książki, szkolenia są tylko dodatkowych wspomagaczem, który może trochę ułatwić drogę, ale najcięższa praca i praktyka musi być wykonana przez Ciebie. Tak samo jak suplementy. Przy amatorskim poziomie sportowym, jaki większość osób, w tym ja, prezentuje zjedzenie wspomagacza nie wpłynie znacząco na wynik. Dopiero, gdy sam odwalisz kawał dobrej roboty i powoli zaczniesz wkraczać na drogę profesjonalną, wtedy to będzie miało sens. Najpierw jednak udowodnij, że ciężką pracą możesz dojść do dobrego poziomu, zamiast liczyć, że magiczna pigułka zrobi z Ciebie herosa.